Pierwszy.
- Dwadzieścia pięć minut temu miałam idealne życie. Oparłam łokcie na blacie, zamknęłam oczy i pozwoliłam, by przepływały przeze mnie muzyka i cierpki smak tequili. Oslo tętniło rytmem sobotniej nocy, a ja chciałam zniknąć, zapaść się pod ziemię i zapomnieć o tym, co się stało. - Kontynuuj, mała. Brzmi jak pierwsze zdanie kiepskiego melodramatu. Przede mną stanął barman-spowiednik. Całkiem przystojny, z tego, co zarejestrowałam kątem oka, ale facetów miałam serdecznie dość na najbliższą resztę życia. - Przyszłam tu pić, a nie się zwierzać obcym ludziom – uświadomiłam niechcianego towarzysza, wskazując najpierw na trzymaną przez niego butelkę, a potem na opróżniony kieliszek. Nalał mi eliksiru zapomnienia, ale nie przestał patrzeć wyczekująco. - Puby są trochę jak konfesjonały. Tylko po spowiedzi dajemy wódę, a nie dziesiątkę różańca na pokutę. Po wszystkim co prawda nie czujesz się jakoś specjalnie lepiej, a następnego dnia masz kaca, ale to i tak lepsze niż duszenie ...