Szósty.
- Dzisiaj ty robisz naleśniki.
Philipp przeciągnął się leniwie, a ja przez dłuższą chwilę nie mogłam oderwać wzroku od mięśni na jego klatce piersiowej. Tamtej nocy w klubie w pierwszej ocenie wydał mi się odrobinę zbyt szczupły, ale gdy już pozbawiłam go koszuli to bardzo przyjemnie się zdziwiłam. Był osobą, która totalnie nie krępowała się nagością. Miał w sobie mnóstwo pewności siebie graniczącej z bezczelnością i skłamałabym twierdząc, że mnie to nie kręci.
- Nie jestem u siebie, nie będę kręcić się po kuchni.
Roześmiał się tylko, a potem przesunął dłonią po moim odkrytym biodrze. Był tak subtelny i zmysłowy, że zadrżałam.
- Co to za idiotyczny argument terytorialny? Ja u ciebie robiłem jajecznicę i nie miałaś obiekcji. Pozwalam ci kręcić się po mojej kuchni, czuj się swobodnie.
Westchnęłam pokonana i zaczęłam podnosić się z łóżka, ale szybko przyciągnął mnie do siebie.
- Ale jeśli bardzo nie chcesz stać przy garach to mogę cię wyręczyć za odpowiednią opłatą - wymruczał.
Wiedziałam aż za dobrze co ma na myśli, ale chętnie przystałam na te warunki. Obdarzyłam go głębokim pocałunkiem, a moje wciąż głodne dłonie ześlizgnęły się w dół po tym idealnym ciele. Uwielbiałam go dotykać. Robiłam to regularnie od pięciu tygodni i wciąż mi się nie nudziło. Oddech Philippa przyspieszył, a chwilę później leżałam już na plecach przygnieciona jego ciałem. Oboje zapomnieliśmy o śniadaniu.
***
- Zabierzesz mnie na spotkanie z Björnem? - zapytał Philipp, gdy w końcu wyczołgaliśmy się z pościeli, a ja zaczęłam zbierać się do pracy.
Trochę mnie zaskoczył, bo dotąd nie przejawiał zainteresowania tymi elementami mojego życia, które rozgrywały się poza łóżkiem. I poza prysznicem. I poza puchatym dywanem w jego salonie.
- Po co?
- Jest ważny dla ciebie, chcę go poznać.
Roześmiałam się odrobinę niepewnie.
- Kotku, jak słusznie to ująłeś on jest ważny dla mnie. Nie dla ciebie. Przecież umawialiśmy się, że nie będziemy sobie nawzajem wnikać w życie.
- Okej, nie bij - uniósł ręce w obronnym geście. - Znam twoje zasady, choć niekoniecznie mi się podobają. Nie będę nalegać.
A potem pocałował mnie równie namiętnie jak za każdym razem, tak jakby ta wymiana zdań nie była żadnym zgrzytem w idealnym dotąd układzie. Ja jednak długo nie mogłam wyrzucić jej z głowy. Może znowu pakuję się w coś niedorzecznego?
Philipp miał być opcją na jedną noc, dzięki niemu miałam przestać torturować się słowami „tamta bliskość nigdy nie może się powtórzyć”, wypowiedzianymi przez zupełnie innego faceta. Dzięki niemu miałam przestać tęsknić za czymś, czego nie potrafiłam nawet nazwać. Prawdopodobnie nieprzepracowanych emocji nie należy leczyć seksem z nieznajomym, ale z drugiej strony ktoś mądrzejszy ode mnie rzekł: „Quid est venenum? Omnia sunt venena, nihil est sine veneno. Sola dosis facit venenum*”. Musiałam więc jedynie zadbać o to, by nie przedawkować Philippa.
Do tej pory szło super, mimo że jedna noc nieoczekiwanie zamieniła się w kilkanaście. Schemat naszych spotkań był podobny: najpierw seks (dużo, dużo seksu!), potem wspólne śniadanie, potem seks (dużo, dużo seksu!), a potem czasem jeszcze seks. Dzielenie się myślami, przeżyciami i historiami z życia ograniczyliśmy do minimum. I to działało. Endorfiny się zgadzały.
***
Osiągnęłam w życiu coś w rodzaju stabilizacji.
W pracy szło mi nieźle. Svein co prawda czasem ostrzył kły, gdy przesadzałam z inwencją, ale ani razu nie wdaliśmy się w poważny konflikt. Czytałam dużo fachowej literatury i próbowałam przenosić do naszej skokowej rodziny rozwiązania, które sprawdzały się w innych krajach. Teraz pracowaliśmy z wizualizacją i zawodnicy naprawdę zaangażowali się w nasze ćwiczenia. Wszyscy poza jednym.
- Wydaje mi się, że powinienem poświęcać czas na wykonywanie skoków, a nie wyobrażanie ich sobie – oznajmił Halvor znudzonym tonem.
- Ruch fizyczny i wyobrażony mają takie samo neuronalne podłoże. To znaczy, że jeśli w wyobraźni oddasz perfekcyjny skok to z dużym prawdopodobieństwem twoje ciało odtworzy jego przebieg w rzeczywistości. Spróbuj chociaż – poprosiłam.
Halvor zdążył już mnie trochę przyzwyczaić do swojego marudzenia i sceptycyzmu, ale dziś chyba miał wyjątkowo kiepski dzień. Po jego minie widać było, że żadne racjonalne argumenty do niego nie trafią.
- Co się dzieje? – zapytałam z nadzieją, że otworzy się przede mną trochę bardziej niż zwykle.
Nie mieliśmy problemów z komunikacją na poziomie czysto zawodowym, ale przecież psychologia sportu to coś więcej niż praca nad efektywnością czy motywacją. Potrzebna była więź i wzajemne zaufanie. Z innymi zawodnikami nawiązałam fajne relacje, a Halvor wciąż był zachowawczy. Zapewne było to konsekwencją naszego pierwszego spotkania i poniekąd to rozumiałam, ale postanowiłam robić wszystko, by przełamywać między nami bariery.
- Jestem taki wkurzony! –zawołał, totalnie mnie zaskakując. Było to chyba najbardziej szczere i ekspresyjne wyznanie od początku naszej pracy.
- Nic mi nie wychodzi, na skoczni dalej jestem tylko średni, a to miał być mój czas, mój moment na przełamanie. Nie wygrywam, kończą mi się pieniądze, niedługo będę musiał rzucić te cholerne narty i wziąć się za jakieś „uczciwe zajęcie”, jak to mówią w mojej rodzinie. Wczoraj na cholernych imieninach cholernej ciotki wszyscy roztrząsali moją sytuację i kazali mi się ogarnąć i przestać budować zamki na lodzie. Jak ja mam w siebie wierzyć, skoro nikt inny nie wierzy?
Zapadła ciężka cisza, a zdziwione spojrzenia pozostałych zawodników nie pozostawiały wątpliwości, że oni też nie znali takiego Halvora. Musiałam reagować szybko.
- Chłopaki, dziękuję za spotkanie, kończymy dziś wcześniej. A ty idziesz ze mną. Musimy zrobić coś fajnego z tą twoją złością.
***
Od miesięcy nie grałam w squasha, ale tego się nie zapomina. Biorąc rakietę do ręki poczułam, jak w moim ciele zaczynają buzować endorfiny. Roześmiałam się, gdy skonsternowany Halvor poinformował mnie, że nie zna zasad.
- No i super, bo nie o zasady dzisiaj chodzi. Bierzesz piłkę i uderzasz. Nieważne w jaki sposób. Ale przed każdym uderzeniem wypowiadasz na głos jakąś myśl, która cię wkurza albo dręczy. Do dzieła.
- Czy ty kompletnie zwariowałaś?
- Nie. Pokażę ci.
Przygotowałam się do serwisu i przed odbiciem piłki bez skrępowania wrzasnęłam: „Jestem do niczego”. Dźwięk jej zderzenia ze ścianą zadziałał na mnie oczyszczająco.
Spojrzenie Halvora było wymowne, ale posłusznie ujął rakietę.
- Nie daję sobie rady – wymamrotał pod nosem i posłał piłkę przed siebie.
- Za lekko. Słuchaj, na tej ścianie rozbijają się wszystkie twoje lęki i wątpliwości. Nic z nich nie zostaje. Znikają, a ty ruszasz dalej, rozumiesz? Wyobraź sobie teraz te cholerne imieniny i spróbuj jeszcze raz.
Przez chwilę stał w całkowitej ciszy i mocno się koncentrował. Domyśliłam się, że przed oczami wizualizują mu się niekoniecznie miłe sceny.
- Nie mam talentu! – zawołał już z nieco większym przekonaniem. –Nie zasługuję na sukces! Nie jestem wystarczająco dobry! Nie potrafię wygrywać!
Z każdą chwilą piłka nabierała większej szybkości, a jego ruchy zaciętości i mocy.
- Nic nie znaczę! Nikogo nie obchodzę! Nikt mnie nie potrzebuje!
Zachowywał się jakby został na hali sam, jakby nie istniało nic poza tą ścianą. Wyszedł daleko poza sferę sportu, walczył już nie tylko z ograniczeniami dotyczącymi skoków, ale z poczuciem niższości i samotności, które musiało tkwić w nim od dawna i którego dotąd nie byłam świadoma mimo kilkutygodniowej wspólnej pracy. Czułam, że wreszcie stoi obok mnie prawdziwy Halvor.
Gdy zabrakło mu sił, spojrzał na mnie z uśmiechem ulgi.
- Jeżeli coś wydaje się głupie, ale działa to wcale nie jest głupie – stwierdził, a potem niespodziewanie się do mnie przytulił. – W ramach podziękowania nauczę cię grać w swoje gry.
***
- Co to w ogóle znaczy shuffle... shutter... boarding? Nie wiem czy powinnam zabierać się za coś, co przerasta mnie już samą nazwą.
Weszliśmy do jakiegoś przykurzonego pubu na obrzeżach miasta. Panował w nim półmrok i rozbrzmiewał garażowy rock.
- Shuffleboard. Chyba nie tchórzysz?
- Oczywiście, że nie, chociaż jedyne, co mi się kojarzy z tym słowem to Shutter Island. A tamta historia nie kończy się dobrze.
Halvor ustawił mnie przed długim na kilka metrów stołem, na którym spoczywały różnokolorowe krążki, a potem zaczął tłumaczyć zasady. Wyglądało na to, że świetnie czuł się w roli instruktora, choć nie zrozumiałam ani słowa z jego obszernych wyjaśnień.
- Czyli mam przesunąć ten krążek na drugi koniec stołu, ale nie za lekko i nie za mocno? – zapytałam jak kompletna ignorantka.
- W dużym, a w zasadzie w totalnie ogromnym uproszczeniu, ale tak – roześmiał się. – To świetne ćwiczenie na precyzję i koncentrację. Działamy.
Wybrałam zielony zestaw krążków, gdyż to kolor nadziei i wykonałam pierwszy ruch. Mój towarzysz gwizdnął z podziwem.
- Dobrze mi poszło? – zdziwiłam się.
- Szczęście początkującego – skwitował i przeszedł do kontrataku.
Kilkanaście minut później jednak moja dobra passa wciąż trwała, a uśmiech triumfu stawał się odwrotnie proporcjonalny do rozżalenia na twarzy Halvora.
- Jak ja mam leczyć swoje kompleksy, skoro ogrywasz mnie, nawet nie rozumiejąc zasad? Przyznaj się, że to ściema i tak naprawdę ćwiczysz regularnie!
- Pierwszy raz widzę ten stół! Widocznie mam wrodzony talent.
- No dobrze, kontynuujmy. Nie poddam się tak łatwo.
Pochylił się nad stołem i przyjrzał uważnie zielonemu krążkowi, a potem przeniósł wzrok na mnie. Lekko zadrżałam pod wpływem intensywności tego spojrzenia, ale postanowiłam w pełni skupić się na kolejnym ruchu.
- Mocniej... –powiedział głosem niższym niż do tej pory, a jego twarz odrobinę zbliżyła się do mojej.
- Czy ty usiłujesz mnie zdekoncentrować? – zapytałam, śmiejąc się trochę nienaturalnie.
- Ja tylko daję dobre rady. Mocniej.
- Chyba podoba ci się to słowo.
- Chyba tak.
Nie mam pojęcia kiedy znalazł się jeszcze bliżej mnie i już wiedziałam, że z precyzyjnego ruchu nici. Lekko przestraszony i coraz bardziej głodny wzrok skupiłam na jego oczach.
- Szkoda, że się o nic nie założyliśmy. Wtedy moglibyśmy jednocześnie przegrać i wygrać.
W głowie zaczęły mi galopować rozmaite skojarzenia związane z nagrodami, jakie byśmy sobie wręczali. Popchnęłam krążek i oczywiście poszło mi beznadziejnie.
- To teraz jeszcze raz. Jeszcze mocniej. Zaufaj sobie. Twoje ciało wie, co ma robić.
Z tym akurat trafił w sedno. Oblała mnie fala gorąca i zdałam sobie sprawę, że jedyne, czego pragnę to natychmiast przylgnąć do niego i tak już zostać.
Halvor w tym czasie bez trudu zdobył trzy punkty, a potem obszedł stół i znalazł się tuż za moimi plecami. Czułam na szyi jego oddech i walczyłam z obezwładniającą pokusą, by odwrócić się i go pocałować.
Wykonałam kolejny dramatycznie zły ruch, a on się roześmiał.
- I tak jesteś najlepsza.
Krew we mnie wrzała i nagle zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście odwracam się w jego stronę, choć świadoma część mojego umysłu bije na alarm.
- Dalej ci nie wierzę, że nigdy przedtem nie widziałaś tego stołu. Ale może chociaż... nigdy przedtem na nim nie leżałaś?
- To kolejny etap tej gry? –zapytałam, a przerażenie mieszało się we mnie z ekscytacją.
A potem poczułam, że ogarnia mnie słodka niemoc i tracę kontrolę nad wszystkim.
***
Pożerał moje wargi, a jego ręce były wszędzie. Przyspieszał mi oddech i puls. Chciałam go teraz, zaraz, natychmiast. Chciałam się w nim zatracić i zapomnieć kim jestem. Zaczęłam mocować się z jego koszulką, a następnie paskiem od spodni, ale musiał mi pomóc, bo tak drżały mi dłonie. Z głodu, z wyczekiwania. Przyparł mnie do ściany i z niezwykłą wprawą pozbawił sukienki, a ja miękłam pod wpływem jego dotyku. Byłam szybka, chaotyczna, rozpalona. Uśmiechając się, przeniósł mnie do sypialni, gdzie w gorączkowym pośpiechu pozbyliśmy się reszty ubrań, rozrzucając je bezładnie wokół siebie. Ważna była tylko ta chwila. Ważne były jego usta i palce. Ważne było to, co ze mną robił i jakie sfery we mnie odkrywał. Jakbym uczyła się na nowo swojego ciała. Przymknęłam powieki i tylko chłonęłam. Wszedł we mnie bez wahania, a ja się dopasowałam. Byliśmy tak głodni siebie, że od razu narzuciliśmy szybkie tempo. Nie przestawał mnie całować, a ja chciałam, żeby to totalne zespolenie trwało jak najdłużej.
Gdy daliśmy sobie już wszystko, co mogliśmy dać i leżeliśmy zmęczeni obok siebie, Philipp odezwał się zachwyconym głosem:
- Nadal mnie zaskakujesz. Było niesamowicie.
Otworzyłam oczy i rzeczywistość zaatakowała mnie brutalnie i bez ostrzeżenia. W głowie uruchomiła mi się seria stopklatek. Stół do shuffleboarda. Nickelback w głośnikach. Dotyk silnych dłoni na biodrach. Moja desperacka ucieczka. Jeszcze bardziej desperacki telefon do Philippa. I najbardziej desperacki seks świata z zupełnie innym facetem niż ten, o którym myślałam.
A więc „quid est venenum”?
*Cóż jest trucizną? Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną.
Komentarze
Prześlij komentarz