Trzeci
Kiedy Lars Pettersen mówi ci, że musicie się spotkać, najlepiej od razu zamów sobie taksówkę i nie trać czasu na odmowy. To najbardziej uparty człowiek na świecie, który i tak postawi na swoim.
Wchodząc do Pustu, w którym kiedyś regularnie pijaliśmy kawę ze sztabem i zawodnikami, poczułam w sercu maleńkie ukłucie. Nic się w tym wnętrzu nie zmieniło. Ściany przyozdobione były fantazyjnymi grafikami, z głośników sączył się leniwie skandynawski folk, a napoje podawano w jaskrawozielonych szklankach, jakich nigdzie indziej nie widziałam. Mimowolnie przypomniałam sobie, że Kenneth zamawiał wyłącznie gwatemalską kawę Jaqueline i wsypywał do niej więcej cukru niż powinien, a Johann nienawidził spienionego mleka.
Zatonięcie w ramionach Larsa na dobrych kilka minut pogłębiło mój nostalgiczny nastrój. Naprawdę za nim tęskniłam, planowałam jednak być nieugięta.
Pięć kaw później (w tym dwie z wkładką) mój opór się nie zmniejszał, ale Lars był kompletnie głuchy na argumenty.
- Słuchaj, ja naprawdę nie wnikam w to, dlaczego rzuciłaś w diabły zajęcie, które kochasz. Musiałaś mieć jakiś cholernie ważny powód. Ale minęło pięć lat i uważam, że czas wrócić do gry. Chcesz się całe życie chować?
- Słonko, to ja tu jestem psychologiem, nie zaczynaj ze mną gierek – roześmiałam się z przymusem.
- Tula, ale może to nie jest przypadek, że to miejsce się dla ciebie zwolniło. Może wszystko jest po coś.
Od prawdy w słowach Larsa wybrałam ucieczkę do najbliższej taksówki. Przez ułamek sekundy chciałam podać kierowcy adres mieszkania Daniela… Widocznie wciąż najbardziej kojarzyło mi się ze stabilnością i bezpieczeństwem, czyli wszystkim tym, co Lars próbował zburzyć swoją niespodziewaną propozycją. Potem jednak zdałam sobie sprawę, że większość wartościowych rzeczy w życiu burzę sobie osobiście i że właśnie dlatego w świeżo wynajętym brzydkim pokoju na przedmieściu nikt na mnie nie czeka.
- Kongeveinen 5 – powiedziałam bez zastanowienia.
*
Holmenkollbaken w szybko zapadającym zmroku wydała mi się zupełnie inna niż zapamiętałam. Było cicho i jakoś dziwnie uroczyście. Puste trybuny i masyw skoczni na tle granatowego nieba wyzwoliły we mnie kolejny bałagan uczuć.
Pięć lat temu bywałam tutaj regularnie. Uwielbiałam czekać na chłopaków, pytać o ich wrażenia po locie i obserwować twarze, na których zazwyczaj malowała się euforia. Uwielbiałam widok ze szczytu na miasto i otulającą je zatokę. Uwielbiałam kompilację barw, braw i okrzyków podczas zawodów. Uwielbiałam słuchać naszego hymnu, który tutaj wzruszał szczególnie.
Potem ten rozdział zamknął się dość gwałtownie i niespodziewanie, a ja zawsze byłam zdania, że nie da się dwukrotnie przejść tą samą ścieżką. Wypisałam się z tamtego życia i zaczęłam spełniać na innych płaszczyznach. Znalazłam dobrą pracę i cudownego mężczyznę. Osiągnęłam coś na kształt stabilizacji, tak innej od życia na walizkach i konieczności tułaczki od jednego pucharowego przystanku do drugiego. Ale czy to właśnie było szczęście?
Przysiadłam na trybunach, a w uszy wsunęłam słuchawki, z których popłynął Just a dream Lea Porcelain. Po raz kolejny w ostatnim czasie pokonywał mnie smutek. Zmrok zapadał, a muzyka robiła bruzdy w moich emocjach. Wydawało mi się, że jestem kompletnie sama, nie tylko tu, ale we wszechświecie i że ta permanentna samotność to jedyne, czego jestem warta.
- Wiesz, że nie powinno cię tu być? Skocznia jest zamknięta – usłyszałam nagle.
Obok mnie znikąd pojawił się chłopak w szarej bluzie z kapturem. Minę miał poważną, ale w jego oczach czaił się psotny błysk. Najpierw chciałam go ostro spławić, ale potem stwierdziłam, że może jego obecność da mi szansę na wyrwanie się z ponurych myśli.
- Podobnie jak ciebie, ale spokojnie, nikomu nie powiem.
- Mamy więc wspólną tajemnicę? – zapytał, dosiadając się do mnie. Jakaś część mnie od razu kazała zarejestrować, że ma ciekawy kolor oczu i brwi, które dodają jego twarzy męskości.
- Hej, czy ja cię zapraszałam? – oburzyłam się troszeczkę naprawdę, bo nie lubiłam, gdy ktoś za mnie decydował, a troszeczkę na pokaz, żeby utrzymać konwencję rozmowy.
- Szczerze? Mało mnie to interesuje. Mam ochotę być tu z tobą, więc jestem.
- Zawsze dostajesz to, czego akurat chcesz?
- Zazwyczaj – roześmiał się, a potem bezceremonialnie wyciągnął mi słuchawkę z ucha. – Rany, co to za smęty?
- Przyszłam tu, żeby się trochę podołować.
- Za piękny mamy wieczór na takie rzeczy – stwierdził. – Daj telefon, puszczę ci moją muzykę.
Nie mam pojęcia dlaczego wykonałam jego prośbę bez szemrania. Po chwili razem delektowaliśmy się dźwiękami A. Wesley Chung, a on nucił lekko schrypniętym głosem: Sometimes the world’s in my coffee, and the devil’s in the cream. Nagle narodzona między nami intymność była irracjonalna.
- Nie pomaga – oznajmiłam, mimo że humor miałam już odrobinę lepszy.
- Dobra, to punkt drugi.
Z niewielkiego plecaka, który miał ze sobą, mój rozmówca wyciągnął buteleczkę bursztynowego płynu. Natychmiast zorientowałam się, że mam do czynienia z niezłym rocznikiem Single Barrel, więc pociągnęłam solidny łyk, nim zdążył się rozmyślić.
- Rany, jakim cudem masz przy sobie takie fenomenalne rzeczy?
- To taki niezbędnik na randki – roześmiał się.
- Masz randkę? To może sobie pójdę, żeby ci nie przeszkadzać – rzuciłam zdecydowanie bardziej flirciarskim tonem niż zamierzałam i zaczęłam udawać, że się podnoszę. Trochę nie rozumiałam co się ze mną dzieje i czemu gram w tę szczeniacką grę z przedstawicielem gatunku mężczyzn, którego miałam przecież powyżej uszu.
Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Jego dotyk był przyjemny. Zdecydowanie zbyt przyjemny.
- Dopóki nie ma tu kobiety moich snów, możesz zostać. Zaczekamy razem. Przy okazji poćwiczę na tobie uwodzenie.
- Zgoda, ale daj więcej whisky.
Podobało mi się, że do tej pory się sobie nie przedstawiliśmy i nie padły między nami żadne banalne pytania, jakie zwykle zadaje się na początku znajomości. Nie obchodziło mnie kim on jest ani co tutaj robi. Liczyło się, że przez kwadrans uśmiechnęłam się więcej razy niż w ciągu ostatniego miesiąca.
- Ile razy oglądałaś miasto z wysokości progu skoczni?
Nieskończenie wiele, pomyślałam sobie. Przychodziliśmy tu z chłopakami nie tylko poćwiczyć, ale też pogadać po kumpelsku, a nie jak klient z psychologiem. Znałam na pamięć te widoki o każdej porze dnia i nocy. Ale to wszystko było oczywiście… pięć lat temu. To określenie zaczynało brzmieć mi w głowie jak cholerna mantra.
Pozwoliłam się poprowadzić do niewielkiej dziury w siatce, którą wkradaliśmy się zawsze, gdy skocznia była już zamknięta i udawałam niezwykle zdziwioną poczynaniami nowego znajomego. To nie pora na wyjaśnienia, że jestem związana z Holmenkollen. A raczej byłam…
Kiedy jednak dotarliśmy na próg, kilkakrotnie zatrzymując się dla wyrównania oddechu okazało się, że nie muszę niczego udawać. Świat z tej perspektywy był piękny, dużo piękniejszy niż zapamiętałam. Czułam, że rozświetlone Oslo jest jednocześnie daleko i blisko. Czułam, że to mój dom.
- Zaimponowałem kobiecie. Punkt trzeci zaliczony – przerwał ciszę mój towarzysz.
- Chyba wiem jaki powinien być punkt czwarty – powiedziałam, powoli dotykając zimnymi wargami jego ust.
Komentarze
Prześlij komentarz